Skąd przyszedłem i dlaczego impro?
Zaczęło się banalnie. Pracowałem jako trener wewnętrzny w firmie hostingowej. Miałem za sobą ponad 500 godzin przeprowadzonych coachingów (głównie z konsultantami ds. obsługi klienta) i dziesiątki godzin szkoleń z komunikacji, obsługi klienta oraz asertywności. I wtedy, zupełnie przypadkiem, odpaliłem na YouTube program Whose Line is it Anyway?.
I to było coś genialnego (nadal jest). Oglądałem wtedy masowo odcinek za odcinkiem. W mojej głowie zakotwiczyło się jedno pytanie: jak oni to robią? Jak kilku dorosłych ludzi, z tak różnymi mapami rzeczywistości w głowach, potrafi w ułamku sekundy stworzyć wspólną historię? W tamtym okresie spędzałem mnóstwo czasu na rozkładaniu różnych technik na czynniki pierwsze i uczyłem się je modelować, więc temat wciągnął mnie bez reszty.
Zacząłem szukać. Odkryłem, że to, co robią, to improwizacja, która ma swoje twarde zasady i – co najważniejsze – można się jej nauczyć. Trafiłem na książkę Keitha Johnstone’a Impro for Storytellers. Czytałem ją ze słownikiem w ręku, bo mój angielski był wtedy, delikatnie mówiąc very intermidiet. Każda kolejna strona była dla mnie jakimś większym lub mniejszym odkryciem. Zresztą, do dzisiaj uważam, że to najlepsza książka o improwizacji i spontaniczności, jaka kiedykolwiek powstała.
Zauważyłem w tym potężne narzędzie, niesamowicie podobne do tego, czego uczyłem na salach szkoleniowych. Asertywność kojarzyła się ludziom z byciem na „NIE”, a impro z byciem na „TAK”. Ale w obu przypadkach mechanizm jest ten sam – jeżeli chcesz coś zmienić, to Ty podejmujesz świadomą decyzję, w co wchodzisz, a czemu odmawiasz. Zacząłem przekładać techniki sceniczne na moją pracę, zupełnie nie wiedząc, że na świecie istnieje już cały nurt o nazwie applied impro (improwizacja stosowana). Nikt w Polsce wtedy tego tak nie nazywał, ani nie było nikogo, kto by to robił. To były czasy, gdy w całej Polsce było może 8 grup impro. Mi sama nazwa improwizacja stosowana, kojarzyła się dość nieprzyjaźnie, było w tym coś dystansującego, więc ochrzciłem swoją metodę po prostu Praktyczną Improwizacją.
Używam tej nazwy do dziś. Moja metoda nie została skopiowana z zachodnich podręczników do applied impro – stworzyłem ją sam, od zera. I choć w wielu miejscach naturalnie pokrywa się z nurtem światowym, to rozłożenie akcentów, wybory, konstrukcja ćwiczeń i technik oraz nacisk na konkretne narzędzia są zupełnie moje.
Odkrycie, że komunikacja to nie tylko sprawne mówienie, ale autentyczne słuchanie, ciekawość i gotowość na to, by dać się zmienić drugiemu człowiekowi, było dla mnie absolutnym game changerem. I tak oto, od września 2009 roku, kiedy wystartował klub improwizacji, łączę techniki sceniczne z psychologią i komunikacją. I testuję to bez przerwy na żywym organizmie. A jak to się stało i dlaczego nazwa „klub improwizacji”? To jest inna historia o której możesz przeczytać w zakładce „O nas”
W co wierzę jako trener?
Zdejmuję zbroję eksperta (i to nie dlatego, że jest brudna xD). Nie znajdziesz u mnie akademickiego dystansu i mądrych słów rzucanych tylko po to, żeby podbudować ego. Wierzę w kilka prostych zasad:
Działalność sceniczna i Comedy Lab

Stoisz na środku sceny. Oczy wszystkich zwrócone są na Ciebie. Słyszysz ciszę. Co robisz?
Scena uczy pokory najszybciej. Dlatego nie wyobrażam sobie uczyć impro, samemu na nią nie wychodząc. W 2012 roku założyłem Stowarzyszenie Comedy Lab w Krakowie i do dziś jestem jego prezesem. To nasze laboratorium komedii, w którym zrzeszamy obecnie 24 uzdolnionych członków i członkiń. Zresztą, z tego środowiska wywodzą się dziś tak świetni komicy jak Michał Leja czy Olka Szczęśniak.
Zawsze ciągnęło mnie do sprawdzania nowych formatów, eksperymentowałem więc ile wlezie. Przez lata współtworzyłem grupę Tubajfor, gdzie bezczelnie przesuwaliśmy granice tego, co można zrobić przed publicznością. Pamiętam finał jednego z wieczorów hardkorowych gier impro – graliśmy z Leją boso, z zasłoniętymi oczami, a na scenie było rozłożone ponad 100 uzbrojonych pułapek na myszy. Jprdl, ależ to były emocje.
Zorganizowałem też pierwsze w Polsce spotkania Open Impro i postanowiłem mocno namieszać w formule tradycyjnych dżemów. Zamiast wyciągać z publiczności przypadkowe, przerażone osoby, wprowadziliśmy system wcześniejszych zgłoszeń. Ludzie przychodzili z gotowością i pomysłem, stres był mniejszy, a show dla widowni stawało się po prostu o klasę lepsze.
Kiedy patrzę wstecz, widzę, jak te wszystkie podżemowe integracje, maratony i warsztaty ukształtowały pierwszą generację krakowskich komików i improwizatorów. Przez lata dbałem o rozwój tej sceny w zamkniętym już niestety Artefakt Cafe. Kawał historii… (bardzo długi wpis na temat artefaktu znajdziecie na moim blogu pożegnalnym)
Dziś częściej stoję w cieniu. Reżyseruję formaty komediowe na żywo, tworzę własne wydarzenia – takie jak Wielka Wystawka, Komediowy Durniej, Syf Olympics czy Reżyserka Mącznika – i uwielbiam patrzeć z drugiego rzędu, jak inni błyszczą.
Kim jestem poza salą szkoleniową?
Wyobraź sobie ciemność. Jesteś gdzieś głęboko w lesie, kilometry od najbliższej cywilizacji. Wieje porywisty wiatr, deszcz tłucze o namiot, nie masz zasięgu w telefonie. Jesteś tylko Ty i żywioł.
To moja definicja odpoczynku. Po setkach godzin spędzonych na intensywnej pracy z ludźmi, ładuję baterie ładując się w dziki biwak, a jak jest połączony z podróżowaniem kajakiem to już w ogóle sztos. Tam, na odludziu, dzieje się prawdziwa improwizacja. Nie masz scenariusza, po prostu musisz sobie poradzić i działać wykorzystując to co masz pod ręką. Uwielbiam przyrodę, ciszę i spędzanie czasu na łonie natury. Im mniej ludzi tym lepiej. Lubię wakacje traktować jako przestrzeń do przygód, robienia różnych spontanicznych decyzji i poznawania ludzi. Nie raz moimi krokami i ścieżkami, zamiast planów w którym kierunku iść, kieruje rzut monetą (i to nie jest metafora;)).
Kiedy wracam do Krakowa, jestem klasycznym geekiem. Kocham dobrą literaturę science-fiction, czasem zanurzenie się w grach wideo (tak, Red Dead Redemption 2 to mistrzostwo świata!). Mam też ADHD. Kiedyś myślałem, że to obciążenie i że jestem mocno nieogarnięty. Dzisiaj wiem, że to moje najlepsze paliwo – szczególnie kiedy trzeba na szybko wymyślić i przetestować trzydziesty z rzędu nowy format komediowy.









