
„Tak, i…” dla emocji. Lekcja, którą dostałem od siedmiolatki
Dzisiaj krótko. Ale to historia, którą muszę opowiedzieć, bo nauczyła mnie jej siedmioletnia Sonia.
Majówka. Stary domek przy lesie, kawałek działki, cisza. Wstałem rano, córka moich przyjaciół chwilę po mnie.
— Wujku, a możemy obejrzeć bajkę?
Wiem, że rzadko ogląda bajki. Ale jej rodzice jeszcze spali, więc postanowiłem być tym fajnym wujkiem, który trochę przesuwa granice. A co mi tam. Przy odtwarzaczu leżało kilka płyt, wśród nich Król Lew. Nie znała. Zrobiłem nam śniadanie i włączyłem.
Kiedy sam oglądałem ten film pierwszy raz, scena śmierci Mufasy mocno mnie rozkleiła. Więc gdy do niej doszliśmy, kątem oka podglądałem małą — jak to przeżywa. Układałem już sobie w głowie, jak z nią o tym porozmawiam.
Zrobiło jej się smutno. Ale nic wielkiego się nie działo.
Po scenie zapytałem, czy jej to nie zasmuciło. Dodałem, że ja jako mały chłopak bardzo to przeżywałem. Że płakałem i w ogóle…
— To jest smutne — powiedziała. — Ale nie muszę tego bardzo przeżywać, bo później zaopiekuję się tą emocją. Przytulę się do taty.
— I tata cię pocieszy? — zapytałem.
— Nie. Chodzi o to, że Simbie zginął tata. A ja przytulę się do swojego, bo doceniam, że go mam. I wtedy mogę się zaopiekować tą emocją.
Kto tu właściwie kogo uczył
Przez chwilę tylko mrugałem.
I zanim przejdziemy do niej — dwa zdania o mnie, bo to ja jestem w tej scenie tym, który nie ogarnia. Przyszedłem do niej z gotowym założeniem: mnie to kiedyś rozwaliło, więc ją pewnie też rozwali. A moje pytanie nie było tak naprawdę pytaniem. Zapytałem, żeby sprawdzić, czy ma podobnie do mnie — a nie po to, żeby usłyszeć, co ona rzeczywiście czuje.
Drobna różnica, a robi całą robotę. Zadałem pytanie, na które miałem już odpowiedź. To klasyczna wpadka — trenerska, rodzicielska, menedżerska, do wyboru. Mapa nie jest terenem, nawet gdy teren ma metr dwadzieścia wzrostu.
Dobra. Wracamy do niej.
To jest „Tak, i…” — tylko że dla emocji
Na warsztatach powtarzam, że najkrótsza definicja improwizacji to „Tak, i…”. „Tak” — przyjmujesz i akceptujesz to, co dostajesz od partnera. „I…” — dorzucasz coś od siebie i pchasz scenę dalej.
Ona zrobiła dokładnie to. Ze swoim własnym smutkiem.
„Tak” — nie powiedziała „to tylko bajka”. Przyznała wprost: jest smutne. Gdyby to odbiła, byłoby to blokowanie w czystej postaci — tyle że wobec samej siebie.
„I…” — dorzuciła coś swojego i ruszyła dalej. Przytulę się do taty.
Trzy kroki, które zrobiła siedmiolatka
1. Nazwała. „Jest smutne”. Dwa słowa. Samo ubranie emocji w słowo wycisza reakcję alarmową w mózgu — to jedna z lepiej udokumentowanych rzeczy w całej regulacji emocji. Nie musisz wiedzieć, co z tym zrobisz. Zacznij od nazwania.
2. Przewartościowała. I uwaga, bo to nie było „mogło być gorzej”. Dokładnie odwrotnie: cudza strata stała się dla niej miarą tego, co ona ma. Mufasie zginął tata, a ona ma swojego. Smutek nie zniknął. Zmienił się w docenienie.
3. Zaplanowała działanie. „Później się tym zaopiekuję”. Nie musiała rozładować emocji w tej sekundzie, w której się pojawiła. Miała adres: konkretną osobę i konkretny gest.
Krok trzeci jest tym, który gubimy najczęściej. Mamy zwykle dwa tryby: wybuchnąć teraz albo zakopać na zawsze. Trzeci — odłożyć, ale z konkretnym adresem — u większości dorosłych po prostu nie istnieje.
Czego nikt jej nie powiedział
Byłem pewien, że to zasługa rodziców. Wiem, że dużo z nią rozmawiają o emocjach — więc założyłem, że po prostu ją tego nauczyli.
Kilka godzin później zapytałem o to moich przyjaciół wprost. Potwierdzili, że rozmawiają dużo i często. Ale czegoś takiego nigdy jej nie powiedzieli.
Czyli dostała klocki. Nie dostała instrukcji. Złożyła to sama.
I to jest dla mnie najciekawsza część tej historii — ciekawsza niż sama technika. Bo podobnie działa spontaniczność, o której mówię na zajęciach: nie wymyślasz z niczego, tylko składasz z tego, co masz akurat pod ręką. Jej rodzice nie dali jej gotowca. Dali materiał i przestrzeń, w której wolno o tym mówić. Reszta zrobiła się sama.
To zresztą całkiem niezła instrukcja obsługi — dla rodzica, dla trenera, dla szefa. Przestań podawać przepisy. Zadbaj o klocki i o miejsce, w którym wolno je składać.
A ja od tamtej majówki mam nowy nawyk. Kiedy coś mnie kłuje, zadaję sobie jej pytanie: co ja właściwie mam, że w ogóle to czuję?
I potem do kogoś idę.
Dziękuję Soniu.
Uczciwie
To jest jedno dziecko i jedna sytuacja. Badania stoją za samymi technikami — nazywaniem emocji i przewartościowaniem — a nie za tezą „dzieci mają to lepiej ogarnięte niż dorośli”. Nie mają. Ta akurat w tym momencie miała, ale to luźna anegdota, nie dowód.
Badania i źródła
- Gross, J. J. (2002). Emotion regulation: Affective, cognitive, and social consequences. Psychophysiology, 39(3), 281–291. https://doi.org/10.1017/S0048577201393198
- Lieberman, M. D., i in. (2007). Putting feelings into words: Affect labeling disrupts amygdala activity in response to affective stimuli. Psychological Science, 18(5), 421–428. https://doi.org/10.1111/j.1467-9280.2007.01916.x
O autorze:

Michał Mącznik – Trener z 18-letnim doświadczeniem, specjalista od Praktycznej Improwizacji i komunikacji. Założyciel i prezes Comedy Lab. Improwizator sceniczny. Łączy techniki impro z psychologią i nauką, dostarczając świeżą jakość w rozwoju osobistym.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub w jakiś sposób Ci pomógł, możesz mi w zamian postawić kawę przez BuyCoffe.to ;)









