„Wciąż te same grupy?” Alan Pakosz o tym, jak powstaje program ImproFestu

Alan Pakosz, dyrektor i założyciel ImproFestu, o tym, kto wybiera grupy, ile to kosztuje i dlaczego niektórzy wracają co roku.
„Wciąż te same grupy?” Alan Pakosz o tym, jak powstaje program ImproFestu
W trzech zdaniach

Alan Pakosz, dyrektor i założyciel ImproFestu, o tym, kto wybiera grupy, ile to kosztuje i dlaczego niektórzy wracają co roku.

Od lat słyszę to samo zdanie: wciąż te same grupy. Ostatnio mi się to przelało, bo wiem po swojej pracy, że tworzenie jakiejkolwiek większej imprezy komediowej, to setki trudnych wyborów. Zaprosiłem więc do rozmowy Alana Pakosza, komika z grupy AD HOC, dyrektora i założyciela ImproFestu w Krakowie. Znamy się od lat, byłem na każdej edycji festiwalu, a w 2013 roku Improv Club był jego partnerem oraz z grupą Tubajfor dwa razy występowałem na głównej scenie. Też przez ostatnie lata, w ramach tego festiwalu prowadzę razem z Krzyśkiem Kasparkiem pierwsze wieczory w Klubie Żaczek. Piszę o tym na wstępie, gdyby ktoś zastanawiał się nad tym, czy mój punkt widzenia w tym wywiadzie jest obiektywny.

Chciałem pokazać Wam, jak ten program naprawdę powstaje: kto o nim decyduje, na jakiej podstawie i ile to kosztuje. Pytania zadawałem wprost i nic nie zmiękczałem. Alan odpowiadał tak samo.

(Tekst jest zredagowany z nagrania: skróciłem powtórzenia i dygresje, wygładziłem mowę potoczną, nie zmieniałem sensu.)

Pełna widownia w Klubie Studio patrzy na występ improwizatorów na scenie ImproFestu

Jak to się zaczęło

Jak to wszystko się zaczęło? Kto pierwszy powiedział: „Hej, zróbmy festiwal”? Pamiętasz w ogóle te czasy?

Pamiętam, mój miły. To był rok 2011. Dość mocno współpracowaliśmy wtedy ze stowarzyszeniem Paka. Jego ówczesny dyrektor, Łukasz Dębski, zapytał mnie w rozmowie, czy nie wymyśliłbym czegoś takiego jak festiwal. Improwizacje nam dobrze szły, więc może warto coś takiego zaproponować. Powiedziałem, że spoko, możemy się przymierzyć. Znaliśmy wszystkie grupy w Polsce, czyli jakieś cztery, więc łatwo byłoby je zebrać w jednym miejscu. Po krótkim namyśle stwierdziliśmy, że spróbujemy zrobić trzydniowe wydarzenie w grudniu 2011 roku, z tego co dobrze pamiętam. Internet może mnie boleśnie zweryfikować, ale wydaje mi się, że to był grudzień.

Możesz sobie w trakcie sprawdzić. Ja byłem na wszystkich edycjach, od pierwszej.

Data powstania: listopad 2011. Mnie się wydawało, że grudzień, ale wychodzi na to, że listopad. A skład pierwszego ImproFestu to: Ad Hoc, Klancyk, W Gorącej Wodzie Kompani i Siedem Razy Jeden.

Czyli zarzut, że Improkracja jest na każdym ImproFeście, odpada.

Zdecydowanie go obaliliśmy, wystarczyło pogooglować. Co ciekawe, z tych czterech grup tylko W Gorącej Wodzie Kompani już nie istnieją. Klancyk i Siedem Razy Jeden działają dalej.

Zrobiliśmy więc trzydniowe wydarzenie. Zaprosiliśmy te cztery grupy, a W Gorącej Wodzie Kompani wystąpili z formatem Szekspiracje na dużej sali w Rotundzie, która mieści 500 miejsc. Sprzedały się chyba dwa bilety. Początki nie były obiecujące, ale jakoś tę salę zapełniliśmy, pozapraszaliśmy ludzi. Ten początek był dość trudny, ale w pewnym momencie ruszyło i od którejś edycji sprzedaje się całkiem nieźle.

Czyli było wiele razy tak, że pomyślałeś: hej, to może się jednak nie udać?

Chyba byliśmy świadomi, że początek może być trudniejszy. Poza tym porwaliśmy się z motyką na słońce, bo na dużej scenie chcieliśmy zrobić wszystko. Na dolnej, kameralnej sali Rotundy zagrał na przykład Klancyk i to był bardzo dobry pomysł. Ta sala mieściła sto kilkadziesiąt, może dwieście osób, więc też nie była mała, ale tam wszystko wyglądało dużo lepiej i szło dużo lepiej. Mogliśmy zrobić jeden występ na dużej scenie, a resztę na mniejszej, i pewnie wszystko byłoby lepiej zorganizowane.

Rotunda, Piast, Klub Studio

Wiele się zmieniło od tamtego czasu, miejsca też się kilka razy zmieniały. A jak zmieniało się zaplecze organizacyjne?

Pierwsze edycje były pod tym względem podobne, bo robiliśmy je ze stowarzyszeniem Paka w Centrum Kultury Rotunda, więc skład organizacyjno-produkcyjny był bardzo zbliżony. Trwało to do 2016 roku. Wtedy, w lipcu czy w sierpniu, dowiedzieliśmy się, że Rotunda jest zamykana ze względów bezpieczeństwa. Mieliśmy dwa miesiące, żeby znaleźć nowe miejsce na festiwal.

Pamiętam to miejsce, niesamowite. Wspominam tę edycję jako jedną z najsłabszych, ale się odbyła.

Odbyła się. Znaleźć na szybko salę na 500 osób, dostępną na trzy dni, to był dar z nieba. Nie wyglądało to tak profesjonalnie jak Rotunda czy później Klub Studio, ale stołówka w Domu Studenckim Piast trochę uratowała nam życie. Dzięki niej festiwal podtrzymał swoją historię i mogliśmy wystąpić. Po jednej edycji przenieśliśmy się do nowo zbudowanego Klubu Studio i już tam zostaliśmy. Niebawem minie dekada, bo pierwsza edycja w Studio była w 2017 roku.

Ale była też dwuletnia przerwa.

Tak, z powodów pandemicznych. Okazało się, że ciężko zorganizować festiwal w pandemii.

Ilu ludzi stoi za festiwalem

Jak myślisz, ile osób pracuje przy festiwalu? Mówię o wszystkich, także o tych, których nie widać na scenie. To jest masa ludzi. Jak ta liczba zmieniała się przez lata? Potrafisz to oszacować?

To trudne pytanie, bo część osób dołącza na różnych etapach. Głównym trzonem organizacyjnym jestem teraz ja, Michał Próchniewicz i Michał Ociepa z AD HOC, Kasia Kasparek i Krzysztof Kasparek z Miejsca Komedii. Bardzo blisko współpracują z nami Maria Tuchowska i Marcelina Jodłowska, nasze inspicjentki i producentki. Maria Olszańska zajmuje się social mediami i reklamą. Aneta Tabiszewska dowodzi sprzedażą w trakcie festiwalu i koordynuje wolontariuszy.

Mamy szerokie grono wolontariuszy, którzy wspierają nas od lat i są na wszystkich edycjach. To jest mega budujące. Do tego dochodzi cały pion produkcyjny i organizacyjny z Klubu Studio. Są osoby, które pomagają nam ogarniać wszystko na miejscu, są ludzie od dźwięku, światła i mikroportów, jest obsługa klubu: bramki, sprawdzanie biletów, bar, catering. Bardzo się cieszę, że mamy to zaplecze, czyli Fundację Academica i Klub Studio. Bez nich byłoby naprawdę ciężko.

Zespół organizatorów i wolontariuszy ImproFestu pozuje na scenie pod różowym banerem festiwalu

Z grubsza dwieście osób? Sto?

Nie wiem, czy aż sto, ale jak zebrać wszystkich, to na pewno kilkadziesiąt.

Pytam, bo ludzie często nie zdają sobie sprawy ze skali. Za tym stoi koordynacja osób z różnych dziedzin i praca, której na scenie nie widać.

Jak wygląda wybór grup

Dlaczego w ogóle robimy ten wywiad? Co roku słychać coraz mniej tych głosów, ale jednak czasem do mnie dociera, że na wszystkich festiwalach w Polsce są wciąż te same grupy, że nic nowego… To uogólnienie, ale pogadajmy o tym. Może ktoś zdobędzie nowy punkt widzenia. Jak wygląda wybór grup krok po kroku? Kto decyduje i na jakiej podstawie? Mówimy teraz o was, o innych festiwalach pogadamy później.

Jeśli chodzi o stwierdzenie, że co roku te same grupy, nie zgodzę się z nim w odniesieniu do ImproFestu. Jest w tym oczywiście ziarno prawdy i do tego zaraz dojdziemy.

Jak wygląda proces u nas? Pierwszym pomysłodawcą line-upu jestem ja. Robimy spotkanie organizacyjne zespołu, a ja mówię: słuchajcie, mam taki pomysł na festiwal. Czasem jest jakiś klucz spajający, jak dwa lata temu tematy filmowe, a czasem po prostu ciekawostki, które wydają mi się fajne na ten rok. Siadamy, dyskutujemy, pozostałe osoby mają swoje typy i pomysły. Wspólnymi siłami powstaje pierwszy szkielet festiwalu. Potem odzywamy się do grup i zapraszamy.

Raczej nie dostajemy kosza. Rzadko się zdarza, że ktoś odmawia, ale bywa, że ktoś dziękuje i nie chce wziąć udziału. Z tego powstaje ostateczny kształt programu. To dzieje się mniej więcej siedem, osiem miesięcy przed festiwalem. Pierwsze rozmowy, przymiarki i zaproszenia mamy około maja, czerwca, a na listopad jesteśmy gotowi.

Nie ukrywam, że program jest też konsultowany z innymi festiwalami. Na festiwalach bardzo często jest tak, że przechodzi przez nie jakaś grupa. Jeśli zespół zaprezentuje się dobrze na jednym, zapraszają go kolejne. Jest złoty rok grupy XYZ i XYZ jest na każdym festiwalu. Prawdopodobnie w przyszłym roku jej już nie będzie, a czy po dwóch albo trzech latach zostanie w obiegu, tego nie da się przewidzieć. Te prawidłowości są nie do określenia.

Dlatego czasem to uwzględniamy. Jeśli w danym roku na trzech festiwalach jest grupa z Michałem Mącznikiem na czele, to możemy uznać, że już jej za dużo, i w tym roku odpuścimy. To bywa bolesne, bo ktoś tuż przed tobą zaprosi taką grupę i masz. Ale dzięki temu powstają kreatywne rozwiązania i nasz line-up różni się od innych.

Mogę zdradzić z kulis: rozmawiałem z menedżerami pewnej grupy z UK i w rozmowie wyszło: „Alan, żebyś był świadomy, Kasia Chmara zaprosiła nas na swój festiwal Improdro”. Mówię: aha, to nie ma sensu, żebyśmy zapraszali was miesiąc później do Krakowa. Chyba dzięki temu w tym roku wyszło na Baby Wants Candy, bo wydaje mi się, że tamci byli pierwsi, którzy dostali od nas propozycję. Czasem tak to wygląda i wpływa kreatywnie na kalendarz i na nowe rozwiązania, które musimy stosować.

Skąd inspiracje i nagrania

Nasuwa mi się kilka pytań. Skąd inspiracje? Pamiętam, że kilka lat temu gadałem z wami przy piwie i jeździliście dużo po Polsce, na lokalne grupy, żeby obejrzeć pojedyncze występy pod kątem festiwalu. Jak to wygląda teraz?

Podobnie. Ja staram się być na festiwalach i oglądać, co się da. Moja ekipa też. Jak kogoś z nas nie może być, Michał albo Kasia wysyłają recenzje i relacje. Zapisujemy sobie rzeczy, które nas zaciekawiły: osobę, która padła nam w oko, grupę. Śledzimy social media w Polsce i patrzymy, co się dzieje na rynku. Może pojawić się projekt, który nas zainspiruje tematem albo formą, i wtedy jedziemy zobaczyć. Bywa, że ekipy wysyłają nam nagrania. To jest dozwolone, nie ma zakazu.

Na sam festiwal nie ma zgłoszeń. Są tylko na Nocne Improwizacje i Małą Scenę, a na główny program my zapraszamy. Zdarza się jednak, że ktoś zasieje ziarno. Mówi: Alan, mamy fajny pomysł na to i na to. Odpowiadam: okej, taka rzecz by mi się przydała, gdzie mogę to zobaczyć? Dostaję zaproszenie na występ albo nagranie i oglądam. Tak to działa: polecajki, rozmowy, dzwonienie po znajomych. „Słuchajcie, a w Warszawie jaka jest teraz fajna, nowa grupa?”. Zawsze jest opcja, żeby to zobaczyć.

Tych nagrań jest dziś dużo więcej, więc trochę zmuszamy ludzi, żeby robili dobre nagrania występów. To, co dostawaliśmy przez lata, to była kpina. Nagranie z połowy sali, bez dźwięku, nie dało się tego oglądać ani w żaden sposób wiarygodnie ocenić. Teraz bardzo restrykcyjnie podchodzimy do nagrań, bo dziś bez problemu można je zrobić dobrze.

Odmowy i urabianie

Powiedziałeś, że grupy czasem odmawiają. To raczej kwestie kalendarzowe? Zdarzyło się, że ktoś odmówił ImproFestowi z powodów komercyjnych, w stylu „komercha, nie jadę”?

Chyba nie. Nie było takiego przypadku. Nie chcę używać nazw, bo z jedną ekipą będziemy pewnie rozmawiać o przyszłym roku, skoro w tym się nie udało. Głównie decydowały kwestie kalendarzowe. Niektórzy po prostu nie widzą swojego projektu czy swojej grupy na festiwalach. Jedną ekipę musieliśmy trochę urabiać, żeby uświadomić jej, że występ na festiwalu to dobry pomysł i że ludziom bardzo się spodoba.

Pamiętam, jak urabiałeś nas z tymi pułapkami na myszy na drugiej edycji (z grupą Tubajfor).

Dokładnie. Nie wiem, czy w formie tekstowej uchwycisz ironię w moim głosie, ale właśnie o was mi chodzi.

Czy wybór line-upu jest ryzykiem

Czy wybór line-upu co roku jest trudny i jak go zbalansować? Wybór programu to zawsze duże ryzyko. Jeśli festiwal się nie sprzeda, nie zachęci ludzi, to będzie też kwestia line-upu. Mylę się?

Nie mylisz się. Naszym celem jest zrobienie festiwalu, na który przyjadą nie tylko improwizatorzy z Polski, ale też przyjdą ludzie z Krakowa i innych miast. Ten festiwal jest też dla widzów, zwykłych śmiertelników, którzy chcą zobaczyć różne występy. Przede wszystkim muszą to być dobre występy i tym się kierujemy. Chcemy pokazywać rzeczy dobre, ciekawe i nowe.

Zawsze jest ryzyko artystyczne. Nawet sprawdzona grupa może nie zagrać, bo to improwizacja: ktoś ma gorszy dzień, coś nie kliknie. A przyjdzie grupa, która teoretycznie jest świeżakami, i rozwala. Różne są scenariusze. Chodzi mi przede wszystkim o balans. Muszę być spokojny, że są osoby albo całe zespoły, które sprawią, że dany wieczór i cała edycja będzie mocna.

Kiedy mnie zaprosiłeś do tej rozmowy, przypominałem sobie różne sytuacje z dawnych lat i na Facebooku wyświetliło mi się wspomnienie sprzed trzynastu lat. Ktoś napisał, że domaga się, żeby Kuba Śliwka był na każdej edycji ImproFestu, jako osobny punkt programu. Mam wrażenie, że to się nie zmienia. Śliwka to taki performer, że nie mam żadnej obawy, żeby go zapraszać. Zawsze wniesie coś nowego, zawsze będzie niesamowicie. Niektórzy mogą powiedzieć „znowu Śliwa”, a ja mówię: na szczęście znowu Śliwa. Rok czy dwa lata temu zrobił taką robotę, że ludzie o nim rozmawiają. Takich jednostek i grup w Polsce nie ma aż tak wiele. Niestety, podkreślam: niestety, co roku albo co dwa lata wracamy do sprawdzonych ekip. Ale mam wrażenie, że one się zmieniają. Przyjeżdżają z nowymi projektami, pokazują się w nowych odsłonach, robimy z nimi koncerty łączone. To nie jest tak, że co roku przyjeżdża ktoś z tym samym musicalem i gra ten sam musical. To się cały czas zmienia. Są osoby, bez których nie wyobrażam sobie ImproFestu, i nie mam żadnych wyrzutów sumienia, zapraszając je na kolejny rok.

„Niektórzy mogą powiedzieć: znowu Śliwa. A ja mówię: na szczęście znowu Śliwa.”
Alan Pakosz

Sam w tym roku czekam na finał Śliwy. To jedna rzeczy, która mnie w tegorocznym programie ciekawi najbardziej.

Te same grupy, nowe grupy

Improkracja, Tremiszewscy i inni ze „starszych stażem improwizatorów i improwizatorek” pojawiają się cały czas. Wybierając sprawdzone grupy, robisz to kosztem nowych i mniej znanych. Jestem tu trochę adwokatem diabła. Wytłumacz to ludziom, którzy będą czytać.

Jasne. Michale, powiedziałeś „Improkracja”. Wiesz, ile razy Improkracja była na ImproFeście w ciągu ostatnich sześciu lat? Jako Improkracja?

Strzelam, że cztery.

Myślę, że dwa. Chyba ten musical i ten kryminał, thriller, w którym umierają ludzie.

Na platformie wiertniczej.

Tak. Nie pamiętam tytułu. W każdym razie na sześć lat byli całym zespołem dwa razy. Oczywiście pojawiają się pojedyncze osoby z tego zespołu, więc wydaje się, że oni są zawsze. Ale osoby, które uważam za bardzo dobre, wybitne albo mega zdolne, są zapraszane często, bo dają gwarancję, że to, co zrobią, będzie wysokiej jakości.

Wracam do pytania: co z młodymi ekipami, które się pojawiają? Czy nie są zapraszane kosztem tych znanych? Michale, my co roku mamy nowe ekipy. Patrzymy bardzo uważnie na losy ekip z Nocnych Improwizacji: czy dalej działają, jak się rozwijają. Staramy się dać im pozytywnego kopa, na przykład zapraszając je rok czy dwa lata później na główną scenę. Mam wrażenie, że w obrębie line-upu zawsze coś się dzieje. Pojawiają się nowe projekty, nowe osoby, jest różnorodność. Nie czuję, że ten line-up jest jednostajny albo że się bardzo powtarza. Jestem z niego zadowolony.

„Patrzymy bardzo uważnie na losy ekip z Nocnych Improwizacji: czy dalej działają, jak się rozwijają. Staramy się dać im pozytywnego kopa, na przykład zapraszając je rok czy dwa lata później na główną scenę.”
Alan Pakosz

A gdybyś zobaczył pięć rewelacyjnych nowych grup, czy rzeczywiście straciłyby miejsce na rzecz Improkracji?

Wydaje mi się, że nie. Albo byśmy je zmieścili, albo weszłyby zamiast kogoś bardziej uznanego. Ciężko mi to wyczuć. Natomiast nie mamy niestety sytuacji, w której pięć rewelacyjnych ekip walczy o miejsca i musimy wybierać, która z nowych jest najgorsza z najlepszych, żeby jej nie przyjąć.

Jak się dostać na ImproFest

To powiedzmy to sobie wprost. Jestem z grupy, która uważa się za bardzo dobrą i uważa, że zasługujemy na miejsce na festiwalu. Nikogo w środowisku nie znamy, występujemy w małej miejscowości, ale robimy to od kilku lat. Co możemy zrobić, żeby zwrócić Twoją uwagę?

Zgłoście się na Nocne Improwizacje. To pierwsza i najlepsza rzecz. Zgłoście się też na inne festiwale, na ich nocne sceny. Nagrajcie występ w dobrej jakości i go wyślijcie. Wymyślcie format, który będzie mega nowy w Polsce, którego nikt jeszcze nie robił. To też działa. Chcemy pokazywać nowe formaty i czekamy na nie. W pewnym momencie kręcimy się wokół tych samych rzeczy. Ile razy można zobaczyć miks scen, ile razy gry, ile razy Tymczasem? Szukamy nowych formatów, więc jeśli macie coś takiego, zgłaszajcie się, odzywajcie.

Zdarza się też, że ktoś mówi: Alan, zobacz, taki projekt jest u nas w mieście. Odpowiadam: fajnie, poproszę nagranie albo zaproszenie na występ. Jak to zobaczę, czasem myślę: super, to się sprawdzi na dużej scenie. Albo: to jest ryzykowne, ale ciekawe, warto zaryzykować.

Blisko, ale nie tym razem

Ciekawa jest też sytuacja z line-upami. Często jest tak, że grupa działa od lat, jest zasłużona, a jakoś zawsze jest trochę pod listą. To pewnego rodzaju pech.

Są ekipy, które przez wiele lat nie złapały się na główną scenę. Czasem decydowały detale. Grupa była w puli osób, które chcieliśmy zaprosić, ale coś się przesunęło, coś się zmieniło i nagle wypadała. Parę ekip było już bardzo blisko ImproFestu i z jakiegoś powodu jednak nie. Te ekipy nawet nie wiedzą, że były blisko dwa albo trzy razy.

To są też trudne decyzje: w którym momencie zaprosić? Czy to jest ekipa początkująca, czy taka, która działa wiele lat? Bo potem taka ekipa zgłasza się na Nocne Improwizacje, działa już osiem lat, myślę sobie, że ma potencjał na główną scenę, a na Nocnych nie pokazuje nic ciekawego i dostaje od mentorów surowe uwagi. Impro to sinusoida. Możesz być rewelacyjną grupą i dać kiepski występ z różnych przyczyn.

Dajecie tym grupom znać, że były blisko?

Nie. Byłbym okrutny, gdybym tak robił: „Prawie was zobaczyliśmy w line-upie, ale okazało się, że jednak nie”.

Mnie by to chyba motywowało. Dobra, to w przyszłym roku pociśniemy z treningami jeszcze bardziej. Z tego, co mówisz, wynika, że trzeba udowodnić swoją wartość, co nie jest niczym dziwnym. Samo twierdzenie „jesteśmy zajebiści” to chyba trochę za mało.

Nie wiem, Michale, czy tak to działa. Nie chciałem podchodzić do ekip ze słowem „prawie”, bo może ich to w ogóle nie interesuje. Czasem, jak widzę znajomą ekipę na nocnej scenie czy na innym festiwalu i mam coś przydatnego do powiedzenia, zagaję i podpowiem. Na przykład: jakbyście się zgłaszali na ImproFest, pamiętajcie, że 15 minut to za mało na historię dziewięciu postaci. Drobny tip, którego mogą nie znać. Jeśli słyszę „kurde, masz rację”, wiem, że to była dobra rada.

Pamiętam też sytuację, kiedy dostaliśmy nagranie jednej grupy i nam się nie podobało. Potem ktoś zapytał, co sądzimy. Powiedziałem, co sądzę: że nie jesteśmy entuzjastami, nie jesteśmy zainteresowani, z takiego i takiego względu. Ktoś się obraził, choć sam wysłał nam swoją twórczość do oceny. Pewnie nie zgadzał się z opinią, że spektakl jest np. za ostry. A ja uważam, że jest np. za ostry, i dlatego nie chciałbym go u siebie na festiwalu. Mam tę magiczną moc, że jako organizator mam line-up w swoich rękach.

Bo jesteś odpowiedzialny za pewien standard, który chcesz utrzymać.

Tak.

Pieniądze

Pogadajmy o finansach. Czy festiwal się utrzymuje? Wiem, że przez te lata bywało różnie, czasem ciężko. Jak jest teraz? Pytam też w kontekście odpowiedzialności za line-up, żeby ludzie zobaczyli, co się dzieje, gdy sprzedaż nie idzie.

To trudne pytanie. Odpowiem w imieniu wszystkich festiwali: jeśli masz dotację, jest dobrze, jeśli jej nie masz, jest źle. My rzadko mamy dotację. W zeszłym roku dostaliśmy pieniądze z KPO i to był dobry rok. Mogliśmy sobie pozwolić na wiele dodatkowych rzeczy i pierwszy raz mieliśmy spokój organizacyjny, nie musieliśmy się spinać, czy to się zepnie. W tym roku dotacji nie mamy, więc sytuacja jest niekomfortowa. Zmieniła nam się w dodatku formuła festiwalu. Mamy cztery dni w Klubie Studio i jeden w Żaczku, a wcześniej były dwa dni małej sceny w Żaczku i trzy dni w Studio. To generuje dużo więcej kosztów i poszły mocno w górę.

Jeśli jeszcze nie kupiłeś karnetu albo warsztatów, drogi czytelniku tego wywiadu, zrób to, proszę.

To trochę żart, ale ludzie często nie zdają sobie sprawy, że przez to, że przyjeżdżają, kupują warsztaty i karnety, kupują coś w sklepiku, ten festiwal istnieje. Bardzo często istnieje dzięki widzom. Jak ktoś pisze do mnie prywatnie: „czy mogę wejść za darmo tego dnia?”, odpowiadam, że nie. Gdybym chciał wpuszczać więcej osób za darmo, festiwal przestałby istnieć. Utrzymuje się w głównej mierze dzięki widzom. Miasto, województwo i ministerstwo nie wspierają nas za często. Czasem się zdarza. Mam wrażenie, że w roku jeden festiwal gdzieś w Polsce łapie jakiś grant ministerialny. Niestety, na razie to się nie zwiększa. Drogi widzu, przychodź i zostawiaj nam swoje ciężko zarobione złotówki. Dzięki temu zrobimy kolejne edycje.

„Gdybym chciał wpuszczać więcej osób za darmo, festiwal przestałby istnieć.”
Alan Pakosz

Czyli to nie jest tak, że śpicie na kasie i co sobie wymarzycie, to będzie. To walka i nieustanne ryzyko.

Oj tak, Michale, bardzo duże ryzyko. Zaproszenie w tym roku sześciu performerów ze Stanów Zjednoczonych też ma swoją cenę i swoje koszty. Wszystko się w tym roku skumulowało, więc budżetowo to trudny rok. Staramy się przetrwać i zrobić, co się da. Ostateczne podsumowanie festiwalu nastąpi w listopadzie albo w grudniu. Wtedy się dowiem, czy popłynęliśmy, czy jest w miarę okej.

Zdarzyło się, że musieliście dopłacać albo byliście na minusie? Kto wtedy płaci, ty z własnej kieszeni?

Oczywiście, że się zdarzyło. Pozwolę sobie nie zdradzać szczegółów. Na szczęście było to już jakiś czas temu. Udaje nam się zbudżetować festiwal, a organizatorzy też zdają sobie sprawę z ryzyka finansowego. To nie jest projekt, który ma zarobić kupę pieniędzy, tylko być ciekawym artystycznie punktem programu.

A prywatni sponsorzy się zdarzają?

Rzadko, ale się zdarzają. Ktoś wchodzi z nami w partnerstwo, czasem są to barterowe współprace, czasem drobne finansowe. Nie są to zawrotne kwoty, ale nie wybrzydzamy. Umieścimy was na plakacie, rozdamy wasze gadżety na scenie. Zgadzamy się na współpracę. Drogi czytelniku, jeśli masz dobrze prosperującą firmę i chcesz sobie zrobić koszty, polecamy się z usługą promocji.

Zwłaszcza że festiwal jest w listopadzie, więc koszty jak znalazł.

Jak znalazł na koniec roku, żeby trochę zaoszczędzić na podatku. Idealny moment.

Goście z zagranicy

Jeszcze kilka pytań, bo widzę, że minęła prawie godzina. Kiedy polecam ten festiwal komuś, kto przychodzi do mnie na szkolenie rozwojowe i nigdy nie widział impro, mówię, że to ewenement na skalę europejską: tyle grup ze świata, taka wielkość, taka organizacja. Widziałem nawet, że Wayne Brady skomentował coś na waszym fanpage’u. Zagadałeś do niego?

Wszyscy go tam zaczepialiśmy, ale nie wiem, czy na tyle, żeby go skusić. Liczę, że może kiedyś będzie.

Skąd w ogóle pomysł na zagraniczne grupy? To była odważna decyzja. Pamiętam też, że w pewnym momencie specjalnie uczyłeś się angielskiego, żeby występować po angielsku.

Tak, zorganizowałem nawet specjalną scenę improwizacji po angielsku w Krakowie, żeby ćwiczyć. Sporo wtedy jeździłem po festiwalach w Europie. Czasem uczyłem, czasem występowałem, oglądałem innych performerów i grupy, sam chodziłem na warsztaty. Dzięki temu zrobiła się sieć moich kontaktów. Przez jakiś czas byłem też w Ohanie, organizacji zrzeszającej improwizatorów z całego świata, co dało mi kolejne kontakty z osobami z różnych krajów. Dochodzi networking między festiwalami. Zdarzało mi się dogadywać z innymi festiwalami, że bierzemy kogoś na spółkę. Sprowadzamy kogoś ze Stanów i dzielimy się kosztami lotów międzynarodowych na dwa czy trzy kraje. Tydzień po tygodniu ta osoba jest na przykład w Irlandii, a potem w Polsce. Dla gościa ze Stanów to też wygodne, bo za jednym przelotem odwiedza dwa festiwale.

Pierwsza grupa zagraniczna na ImproFeście wzięła się z festiwalu Fringe w Edynburgu, gdzie występowałem ze swoim teatrem. Odkryłem tam, że jest mnóstwo impro. Spektakli improwizowanych jest tam po czterdzieści, pięćdziesiąt dziennie, więc zacząłem chodzić na wszystkie. Poznałem tam między innymi Racing Minds, gości trzeciej edycji ImproFestu, i grupę Mischief, gości drugiej edycji. Mischief święcą dziś sukcesy międzynarodowe. Dwóch członków gra w nowym serialu Marvela, Vision Quest, występują na West Endzie, ich spektakle są grane w krajach na całym świecie. Trochę nie mogli uwierzyć, że jakiś gość z Polski ich zaprasza. Mówili: no to spróbujmy jechać. Kupiłem im bilety. Do ostatniej chwili nie wierzyłem, że przyjadą, myślałem, że coś się zepsuje i się wycofają. Jak zobaczyłem ich w Krakowie w hotelu, pomyślałem: wow, ale jaja. To była piękna przygoda. Od tej pory co roku mamy kogoś zza granicy, coraz więcej, i coraz większą różnorodność. O festiwalu jest też coraz głośniej na świecie. Ludzie wrzucają zdjęcia i filmiki z pełnej widowni w Klubie Studio, z oprawy, którą robimy. Liczę, że to wszystko dobrze nas prezentuje.

Co polskie festiwale robią dobrze

Co polskie festiwale robią dobrze? W czym się wyróżniamy?

Nie chcę wypowiadać się za inne festiwale. Z mojej perspektywy podoba mi się, że są różnorodne i każdy ma swój pomysł. Dużo o tym rozmawialiśmy z organizatorami innych festiwali. Jedni wymarzyli sobie, że nocne występy trwają u nich dłużej. Mówię: rewelacja, ja bym tego u siebie nie chciał robić, ale fajnie, że wy to robicie. Podoba mi się, że jeden festiwal jest mocno nastawiony na międzynarodowość, że jest tych zagranicznych występów dużo. Ja mam trochę inne spojrzenie. Ktoś robi warsztaty, ktoś nie. Ktoś robi panele, ktoś nie. Podoba mi się, że nie są robione od szablonu. Każdy może znaleźć miejsce odpowiednie dla siebie i co roku do niego wracać.

Marzenia

Jakie jest Twoje największe marzenie dla ImproFestu na kolejne lata?

Nie mogę powiedzieć, bo mógłbym zdradzić szczegóły line-upowe.

Czyli Wayne Brady jednak wpada.

Mam parę osób, które bardzo chciałbym ugościć. Kilka lat temu mailowałem z menedżerem pewnej osoby, który mi napisał: „Alan, Keith ma 90 lat i w listopadzie raczej nie będzie młodszy”. Odpowiedziałem, że wiem, ale bardzo chciałbym go u siebie na festiwalu. Nie udało się. Byliśmy w zaawansowanych rozmowach z bardzo dużymi nazwiskami, ale czasem rozbijało się to o kwestie finansowe. Czasem w ogóle nie ma kontaktu ani dojścia do osób, które bardzo bym chciał zaprosić. Jak te parę osób się kiedyś skusi, będę bardzo szczęśliwy.

Czyli nie osiadacie na laurach.

Nie. Byłoby super, gdyby były na to fundusze, bo bez funduszy nie ma wszystkiego, co sobie zapragniemy. Teraz był właśnie dylemat. W zeszłym tygodniu miałem spotkanie z ekipą. Powiedziałem: słuchajcie, stan na chwilę obecną wygląda tak. Myślę, że musimy odpuścić to i to, bo może nam za to zabraknąć, albo odbije nam się to potem czkawką, jeśli jeszcze zainwestujemy.

Okej, to apelujemy do firm i instytucji: wpłacajcie, róbcie sobie koszty, wspierajcie polską sztukę młodych artystów.

Dla osoby, która mówi „wciąż te same grupy”

Od tego ten wywiad się zaczął: niektórzy narzekają, że wciąż te same grupy. Na koniec jedno zdanie do takiej osoby.

Droga osobo, udowodnij mi, że się mylę. Udowodnij mi, że jesteś lepszy niż Kuba Śliwka. Udowodnij mi, że warto wziąć ciebie, a nie Kubę Śliwkę. Albo że warto wziąć i ciebie, i Kubę.

Dałeś bardzo wysoką poprzeczkę.

Pozdrawiam Kubę Śliwkę bardzo serdecznie z tej perspektywy. Stał się po prostu przykładem osoby, którą uważam za super performera i ciekawą postać sceniczną. Nie ukrywam, że lubię zapraszać na ImproFest osoby, które sam chciałbym zobaczyć na scenie.

Dlatego ten festiwal ma serce. Nie jest robiony pod występujących ani pod krytyków, tylko zgodnie z własnym sumieniem. Tak to interpretuję.

Mam też wrażenie, że te osoby, o których rozmawiamy, te mityczne grupy, które są zawsze, rok w rok udowadniają, że są na swoim miejscu. Nie mam takiego poczucia, że wzięliśmy znowu Klancyka i zawalili. Wzięliśmy Klancyka znowu i znowu dowieźli. Dlatego są zapraszani. Dlatego są jedną z najlepszych grup w Polsce.

Stare grupy, ale pokazują nowe skille.

Tak. Albo nawet pokazują stare skille, ale na bardzo wysokim poziomie. Pokazują się w nowych formach i formatach, a to dalej jest bardzo śmieszne, bardzo dobre, bardzo odkrywcze, i tak dalej.

Dzięki wielkie za wywiad. Dzięki za cały wkład twojej pracy i całej ekipy. Ja tego festiwalu od pierwszej edycji nie przegapiłem i nie zamierzam przegapić.

Jeszcze jedno. Spytałeś mnie o marzenia. W tym roku coś z mojej bucket listy wydarzy się na festiwalu z moim udziałem.

Z twoim udziałem? Czyli w końcu zaśpiewasz?

Zobaczysz, Michale. Nie mogę nic powiedzieć.

A możesz zdradzić chociaż, który to dzień?

Jak zobaczysz, to się zorientujesz.

Finał ImproFestu: improwizatorzy, ekipa i wolontariusze na scenie w deszczu konfetti

Bilety i karnety na ImproFest (10–14 listopada 2026, Kraków) kupisz na stronie festiwalu.

Zdjęcie główne: fot. Magda Rymarz.

Michał Mącznik

Michał Mącznik

O autorze

Prowadzę warsztaty od 2007 roku, praktyczną improwizację od 2009 — wtedy w Polsce nie było od kogo się jej nauczyć, więc uczyłem się na własnych salach. Współautor „Praktycznej Improwizacji". Piszę o statusie, spontaniczności i tym, co naprawdę wynika z badań.

Najbliższa edycja

WPI — Warsztaty Praktycznej Improwizacji, Poziom 1

Osiem spotkań w Krakowie, w małej grupie. Praktyka, nie teoria — ćwiczysz na żywo to, o czym czytasz.


Start 8 lutego · zostało 8 miejsc

Zobacz terminy

★★★★★

„Po trzech spotkaniach przestałam układać zdania w głowie, zanim je powiem.”

Nina · absolwentka WPI P1

Przeczytane. I co teraz?

Tych dwóch sekund nie skrócisz czytaniem

Potrzebujesz sali, grupy i kogoś, kto patrzy. Osiem spotkań w Krakowie — od tego zaczyna każdy, kto tu trafia.