
Krótka Historia Improwizacji (Odc. 5): Kamery, „Fun Run” i magia montażu. Jak popkultura rozsławiła impro, a potem bezczelnie nas oszukała
Do tej pory nasza podróż przez historię improwizacji odbywała się w cieniu.
Zaczęliśmy na zakurzonych włoskich wozach Commedia dell’Arte, by potem zajrzeć do chicagowskich świetlic Violi Spolin i londyńskich, awangardowych teatrów Keitha Johnstone’a. Wreszcie, w poprzednim odcinku, zanurkowaliśmy w mrok zadymionych chicagowskich laboratoriów, gdzie Del Close i jego wybitni uczniowie wykuwali potężną, psychologiczną architekturę Długiej Formy (Long Form) i Grupowego Umysłu.
Pod koniec lat 80. mapa światowej improwizacji była już ostatecznie ukształtowana. Była potężna, ale wciąż ekstremalnie niszowa. Jeśli w tamtym czasie chciałeś zgłębiać sztukę gry bez scenariusza, musiałeś spakować walizki i przenieść się do jednego z wielkich ośrodków. Mogłeś jechać do Chicago (terminować u Dela Close’a lub w The Second City), do Kanady (do Loose Moose Theatre) albo do Nowego Jorku (Upright Citizens Brigade).
Przez dziesięciolecia improwizacja była sztuką dla wyrzutków, poszukiwaczy prawdy i teatralnych buntowników. Traktowano ją niemal jak jazz – wymagała cierpliwości, lat harówki, odklejania się od własnego ego i organicznej miłości do formy.
Ale nagle wydarzyło się coś, co brutalnie wyciągnęło impro z piwnicy.
Ubrano je w kolorowe, hawajskie koszule :P, postawiono przed oślepiającymi światłami reflektorów, zmontowano i rzucono na pożarcie milionom widzów przed telewizorami na całym świecie. Improwizacja trafiła do telewizji. I to zmieniło wszystko.
Z teatru do radia, z radia do telewizji
W 1988 roku brytyjscy producenci Dan Patterson i Mark Leveson wpadli na szalony pomysł. Zafascynowani sportową rywalizacją Johnstone’a oraz krótkimi, intensywnymi grami Spolin, doszli do wniosku, że można z tego zrobić genialny program rozrywkowy.
Postanowili jednak brutalnie odciąć całą „psychologiczną, powolną i głęboką” część impro, a zostawić wyłącznie samo mięso – dynamikę, cięte riposty i komediowe gagi.
Tak zadebiutował program „Whose Line Is It Anyway?” (najpierw jako słuchowisko w radiu BBC, a chwilę później jako hit telewizji Channel 4). Czwórka aktorów stawała przed kamerami, a prowadzący rzucał im karkołomne wyzwania. Mieli w ułamku sekundy śpiewać piosenki, grać sceny w określonych stylach filmowych albo używać ciał kolegów jako rekwizytów.
Pod koniec lat 90. amerykańska stacja ABC wykupiła format i wyemitowała go po raz pierwszy za oceanem. Rozpoczęła się globalna eksplozja.
Muszę to dodać akapit o sobie, ponieważ ten program naprawdę zmienił całe moje życie. Gdy pracowałem w korpo jako trener wewnętrzny i trafiłem na Whose Line’a, to od początku się nim totalnie zafascynowałem. Oglądałem odcinek za odcinkiem, śmiejąc się w głos i nie mogąc się od niego oderwać. Ale też zacząłem zastanawiać się jak oni to robią i grzebiąc w sieci, dowiedziałem się wtedy (a był to rok 2008), że istnieje coś takiego jak zasady impro i że można się tego nauczyć. Z kolei zasady impro bardzo mi przypominały rzeczy związane z komunikacją i technikami pracy zespołowej… Jako, że w Polsce nikt tego nie uczył, a w całym kraju było może 7 grup impro. To postanowiłem to przetestować i uczyć się na własną rękę, otwierając klub improwizacji do którego zapraszałem ludzi z ulicy (na gumtree :D) , którzy chcieli się rozwijać, za symboliczną składkę na salę szkoleniową. Ja uczyłem ich i przy okazji siebie, testując wszystkie zasady i gry jakie wpadły mi wtedy w ręce. To się nadaje na zupełnie inny prywatny wpis, ale chciałem tu mocno zaznaczyć, że gdybym nie trafił na ten program. Dziś byłbym zupełnie innym człowiekiem, w zupełnie innym miejscu. Więc dziękuję Ci Whose Line, bo te punkty jednak miały bardzo duże znaczenie <3.
Skąd wzięli się ci magicy? Mit wrodzonego talentu
Wracamy do Whose Line’a. Dla mnie na YouTube i dla widzów przed telewizorami to był absolutny szok. Patrzyli na Ryana Stilesa, Colina Mochrie czy Wayne’a Brady’ego i przecierali oczy ze zdumienia. Ci faceci wydawali się łamać prawa fizyki i neurologii. W ułamku sekundy, bez cienia przygotowania, generowali z siebie salwy genialnych żartów, składali rymy i budowali spójne narracje.
Widzowie przed ekranami często zadawali sobie pytanie: „Kim, do diabła, są ci ludzie? Czy oni się z tym magicznym talentem urodzili?”.
Otóż nie. Ekipa „Whose Line” nie spadła z nieba. Byli produktem wieloletniego, wycieńczającego treningu w systemach, które wcześniej opisałem.
Colin Mochrie i Ryan Stiles to weterani chicagowskiego i kanadyjskiego systemu. Znali na wylot zasady gry statusem Johnstone’a. Terminowali na scenach legendarnego The Second City w Toronto. Mieli za sobą tysiące godzin obrywania na scenie, dzięki którym wyłączyli swoich Wewnętrznych Cenzorów do zera i perfekcyjnie opanowali technikę „Tak, i…”.
Ale to nie oznacza, że byli „bogami impro” w każdym jego aspekcie. Prawda na ich temat jest dużo bardziej skomplikowana.
Strach Wayne’a Brady’ego, czyli impro to tylko mięśnie
Idealnym przykładem tego, czym naprawdę jest improwizacja, jest historia Wayne’a Brady’ego – absolutnej legendy Whose Line, genialnego wokalisty i ulubieńca publiczności. Dla widza Brady wydawał się człowiekiem pozbawionym jakiegokolwiek lęku.
Jednak w jednym z wywiadów w kultowym podcaście Improv4Humans, Brady wyznał coś szokującego. Przyznał, że odczuwał gigantyczny paraliż i strach przed Długą Formą (Long Form).
Brady wyspecjalizował się w krótkich, szybkich, muzycznych formatach. Kiedy jednak musiał zagrać „Harolda” w stylu Dela Close’a – gdzie nie ma miejsca na rymowanki, publiczność nie podrzuca Ci żartów, a Ty przez 45 minut musisz powoli, logicznie budować prawdziwą relację z partnerem – pocił się ze strachu. Bał się, że bez taniego żartu nie potrafi utrzymać sceny. Zmiana zasad gry wybiła go ze strefy komfortu.
Dla nas w biznesie to genialny dowód. Historia Brady’ego udowadnia, że innowacyjność i świetna komunikacja (impro) to nie jest uniwersalny talent dany od Boga. To zestaw precyzyjnie wytrenowanych mięśni. Ktoś może mieć świetnie wytrenowany mięsień do szybkiego „pitchowania” klientowi (krótka forma), ale całkowicie polec na mięśniu strategicznego, wielomiesięcznego budowania zaufania w zespole (długa forma). I odwrotnie.
Drew Carey i iluzja zmontowanej perfekcji
Twarzą amerykańskiego sukcesu Whose Line został człowiek zza biurka – komik stand-upowy, Drew Carey. Carey nie wywodził się ze rdzennego świata improwizacji, co było strzałem w dziesiątkę. Doskonale zdawał sobie sprawę z różnicy między wyuczonym żartem a „jazdą bez trzymanki” i widać było, że czuł przed chłopakami ze sceny ogromny respekt.
Kiedy Carey dołączał do finałowych gier, często gubił rytm, psuł puenty i wpadał w ślepe zaułki. I właśnie dlatego widzowie go uwielbiali! Pełnił rolę „każdego z nas” – wujka na imprezie, który wchodzi na scenę, popełnia błędy, głośno i zaraźliwie się z tego śmieje (robiąc nasze warsztatowe TeeReee!) i pokazuje, że nie trzeba być perfekcyjnym, by mieć frajdę ze współpracy.
Instagramowy efekt komedii
Jednak z perspektywy psychologii, programy pokroju Whose Line wyrządziły sztuce komunikacji bolesną niedźwiedzią przysługę. Wykrzywiły nasze postrzeganie tego, czym w ogóle jest improwizacja.
Widzowie widzieli tylko ostateczny, genialnie wyreżyserowany i zmontowany produkt. Nie widzieli nudnych rozgrzewek. Nie widzieli ciszy na scenie, wpadania w ślepe zaułki i żartów, które całkowicie zepsuły scenę. W telewizji wszystko działo się z prędkością karabinu maszynowego, a nieudane próby lądowały na podłodze montażowni.
Zadziałał tu dokładnie ten sam wyniszczający mechanizm, z którym mierzymy się dzisiaj w erze mediów społecznościowych. Kiedy nieustannie oglądamy starannie wyselekcjonowane, nałożone na filtry „cudowne życie” innych ludzi na Instagramie, wpadamy w stres, porównując do nich naszą zwykłą, szarą codzienność.
Podobnie zachowaliśmy się wobec impro. Telewizja zaszczepiła w nas mit: improwizacja to magiczna umiejętność bycia błyskawicznie zabawnym. Kiedy więc przeciętny menedżer czy programista przychodził na warsztaty komunikacji, wpadał w paraliż. Zanim otworzył usta, Wewnętrzny Cenzor krzyczał: „Nie wymyślisz żartu tak szybko jak ci kolesie z telewizji! Wyjdę na idiotę!”.
Popularyzacja impro w jej najbardziej ekstremalnej formie na nowo uzbroiła po zęby naszego Cenzora. Miliony ludzi zrezygnowało z najpotężniejszych narzędzi pracy zespołowej na świecie, wmawiając sobie, że „trzeba urodzić się komikiem”.
Hollywood i metoda „Fun Run”. Jak zabezpieczyć innowację?
Na szczęście, za kulisami telewizyjnego show, improwizacja dokonywała prawdziwej rewolucji, diametralnie zmieniając sposób, w jaki pracowało Hollywood.
Aktorzy, reżyserzy i scenarzyści z teatrów chicagowskich i nowojorskiego UCB masowo eksportowali się do Fabryki Snów. Zasada „Tak, i…” zaczęła pisać historię telewizji. Kiedy Larry David stworzył legendarne Curb Your Enthusiasm (Pohamuj entuzjazm), całkowicie wyrzucił scenariusze na rzecz luźnego outline’u.
Chwilę później wybuchł fenomen seriali takich jak The Office czy Parks and Recreation. Jednak ich twórcy nie porzucili kontroli na rzecz totalnego chaosu – zastosowali metodę, która jest dziś Świętym Graalem w zarządzaniu innowacją.
Wprowadzili na planie zasadę tzw. „Fun Run”. Proces wyglądał następująco: najpierw aktorzy (tacy jak Steve Carell) odgrywali scenę ściśle według zapisanego, „bezpiecznego” scenariusza. Upewniano się, że oś fabularna odcinka jest nakręcona. Kiedy reżyser miał to w garści, mówił: „Mamy to. A teraz robimy Fun Run”.
Kamera kręciła dalej, a aktorzy dostawali absolutną wolność na pełną absurdów improwizację bez scenariusza. Jak wielokrotnie powtarzali twórcy The Office, to właśnie w tych całkowicie niekontrolowanych, spontanicznych momentach narodziły się najbardziej ikoniczne dialogi w historii serialu.
Wniosek dla Biznesu: „Fun Run” to doskonała metafora mądrego wdrażania innowacji. Udowadnia, że improwizacja to nie jest chaotyczne skakanie w przepaść. Najpierw zabezpieczamy nasz „core business”(pracujemy zgodnie z procedurą, realizujemy bazowy cel). A dopiero potem, mając rozłożoną siatkę bezpieczeństwa, puszczamy wodze fantazji i robimy firmowy „Fun Run”. Uwalniamy zespół od ryzyka porażki, pozwalając mu na wykreowanie przełomowych idei.
Oczy skierowane na biznes
Patrząc na triumf metody „Fun Run”, genialnej współpracy na planach filmowych i elastyczności aktorów, decydenci z Doliny Krzemowej, wykładowcy Harvardu i liderzy wielkich korporacji zaczęli uważniej przyglądać się temu zjawisku.
W końcu ktoś w świecie korporacyjnym połączył kropki i zadał przełomowe pytanie:
„Zaraz, moment. Przecież to, co robią improwizatorzy – błyskawiczne prototypowanie rozwiązań, budowanie Grupowego Umysłu, wyciszanie Cenzora i robienie Fun Run’ów w bezpiecznym środowisku – to jest dokładnie to, czego my dziś wymagamy od naszych zespołów w drastycznie zmieniającym się świecie (VUCA)!”
Skoro można nauczyć człowieka wychodzenia z paraliżującego stresu, traktowania błędów jako daru od losu i mistrzowskiego zarządzania Statusem… to dlaczego nie moglibyśmy w ten sam sposób trenować naszych zarządów, liderów i handlowców?
I tak, z dala od stand-upowych puent i pucharów Whose Line, narodziła się dziedzina, która dziedzictwo Spolin, Johnstone’a i Close’a ubrała w twarde ramy neurobiologii i biznesu. Dziedzina, która ostatecznie zdjęła z nosa czerwony, klauni nos i wmaszerowała prosto do sal szkoleniowych największych firm na świecie.
Nazywa się ona Applied Improvisation (Improwizacja Stosowana), a że ta nazwa bezdusznie chłodno brzmiała mi wtedy po Polsku (bo nikt tego wcześniej u nas nie robił), to nazwałem ją na własne potrzeby Praktyczną Improwizacją (i tak mi już zostało).
I to o niej – i o tym, dlaczego u progu ery sztucznej inteligencji praktyczna improwizacja stała się najdroższym i najpotężniejszym narzędziem treningowym na rynku (i fundamentem Improv Club) – opowiem w finale serii, czyli części 6 krótkiej historii Impro.
Miłego…
PS. Jeżeli nie oglądaliście nigdy programu Whose Line, is it Anyway, to mocno polecam!
POZOSTAŁE CZĘŚCI KRÓTKIEJ HISTORII IMPRO:
Krótka Historia Impro CZ.1 – Commedia Dell’Arte I Początki Improwizacji
Krótka Historia Impro CZ. 2 – Jak Viola Spolin zhackowała nasz lęk przed błędem
Krótka Historia Impro CZ.3 – Keith Johnstone, urok bycia przeciętnym i oswajanie Statusu.
Krótka Historia Impro CZ.4 – Del Close, szaman, mrok i Harold
Źródła do dalszych poszukiwań:
- Dan Patterson, Mark Leveson, „Whose Line Is It Anyway? The Inside Story” – Zakulisowa historia powstania programu, który zrewolucjonizował popkulturę, ale i zbudował krzywdzący „mit bycia błyskawicznie śmiesznym”.
- Matt Besser, „Improv4Humans” (Podcast) – Doskonałe miejsce, w którym giganci komedii obnażają swoje lęki. To m.in. tam Wayne Brady otwarcie mówił o swoim paraliżu przed Długą Formą, udowadniając, że improwizacja to zbiór precyzyjnych, odrębnych mięśni.
- Andy Greene, „The Office: The Untold Story of the Greatest Sitcom of the 2000s” – Potężna dawka wiedzy zza kulis. Twórcy i aktorzy zdradzają, w jaki sposób technika chicagowskiej improwizacji oraz tzw. Fun runs ratowały i tworzyły legendę tego serialu.
- Patricia Ryan Madson, „Improv Wisdom: Don’t Prepare, Just Show Up” (2005) – Wybitna książka wieloletniej wykładowczyni z Uniwersytetu Stanforda. Madson jako jedna z pierwszych autorytetów akademickich zaczęła udowadniać, że zasady impro wykraczają daleko poza scenę, budując pomost do Applied Improv.
O autorze:

Michał Mącznik – Trener z 18-letnim doświadczeniem, specjalista od Praktycznej Improwizacji i komunikacji. Założyciel i prezes Comedy Lab. Improwizator sceniczny. Łączy techniki impro z psychologią i nauką, dostarczając świeżą jakość w rozwoju osobistym.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub w jakiś sposób Ci pomógł, możesz mi w zamian postawić kawę przez BuyCoffe.to ;)









